środa, 1 lipca 2020

The Others VS F.A.I.T.H.

Brad przetarł zmoczoną rzęsistym deszczem twarz, a potem ostrożnie wychylił się za róg budynku przy którym się zatrzymał. Ulica przed nim była cicha i pusta. Na całej jej długości wszystkie światła sygnalizacji miejskiej mrugały rytmicznie żółtym kolorem, który odbijał się w mokrej nawierzchni chodników, ulicy czy na zaparkowanych przy budynkach samochodach konkurując w tym ze światłami reklam witryn sklepowych, bilbordów oraz kilku raptem latarni. – Widzisz coś? – w słuchawkach zatrzeszczał piskliwy głosik Rose. Przystawił lunetę karabinu do oka i wolno omiótł widok przed sobą. Zielonkawy obraz trybu noktowizji wyciągnął z czarnych plam cienia dodatkowe kształty. – Brad, czy widzisz coś? – ponownie zapiszczał głosik Rose. – Pusto. – odpowiedział do sprzężonego ze słuchawkami mikrofonu. – A cywile? Widzisz ich? – widok w lunecie powoli przesuwa się z ulicy na drzwi sklepów, domów, okna i z powrotem. – Nie, nikogo. Co z Karlem? – oko lunety zatrzymał nagle na sporej plamie cienia jakieś 40 metrów od niego. Coś się poruszyło, niezbyt duże, ale jednak. Palec dotknął spust. – Karl zajął pozycję. Możesz ruszać. – Znowu coś się poruszyło i z cienia wyszedł pokaźnych rozmiarów szczur. Wieki, dorodny, wypasiony na odpadkach Heaven cholerny szczur! – Szlag! Ok, ruszam! Czy wiemy jaki to typ grzechu? – Szybkim truchtem podszedł do otwartych na oścież drzwi małego sklepiku spożywczego, który był na tej samej ścianie budynku za rogiem którego się chował. – Nie, nie wiemy. – zapiszczała Rose. Ze środka sklepiku wylewało się intensywne światło mocnych jarzeniówek. Z bronią gotową do strzału wszedł do środka i rozejrzał ostrożnie. Cicho i pusto, wolno zbliżył się do kasy i zerknął za ladę, pusto. Przez całą długość sklepiku ciągnął się regał dzielący go na dwie części. Ruszył jedną z krótkich alejek w stronę ściany z lodówkami wypełnionymi piwem i napojami. – Brad, pamiętaj, że może tam być sporo cywili. Bądź ostrożny, nie chcemy żadnych przypadkowych ofiar. – zapiszczała ponownie Rose. – Pamiętam, spokojna głowa szefowa. – Ja pierdolę! Ten jej głosik mnie kiedyś wykończy, pomyślał idąc ostrożnie wzdłuż regału z syfiastym żarciem. Jak można zrobić dowódcą kogoś z tak wkurwiającym głosikiem? Doszedł do lodówek. Z boku zauważył otwarte drzwi prowadzące na zaplecze sklepiku. Właściwie to dlaczego zrobili ją dowódcą? W czym ona jest lepsza od niego? No chyba tylko tym wkurwiającym głosikiem! Tego nikt nie podrobi. Rose dowódca! Ja pierdolę, co ona może wiedzieć o dowodzeniu? Co kobieta może wiedzieć o taktyce? Ma w tym większe od niej doświadczenie, a mimo to ona dowodzi! Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Dlaczego nikt nie widzi, że jest od niej… zatrzymał się. Kurwa, te myśli! Spojrzał pod nogi, nic. Odwrócił się. Niecałe dwa metry od niego majaczyła delikatna poświata zielonej spirali. Dalej, tuż przy drzwiach wejściowych, gdzie leżała rozwalona papierowa torba i rozrzucone puszki i batony, zauważył drugą. Niech to szlag! Pułapki! – Rose, wszedłem w zepsucie. – podszedł do pierwszej spirali, która stała się jeszcze wyraźniejsza. Nienawidzi tego syfu, bo nie widać tych pułapek dopóki w nie nie wejdziesz. – Co czujesz? – zapiszczał głosik Rose. – Zazdrość. – odpowiedział. – No to już wiemy z czym walczymy.


W ciągu dwóch dni rozegraliśmy dwa pojedynki, pierwszy niebieski Starcie dusz z kategorii wybawienie i drugi zielony, Wewnętrzny mrok z kategorii zepsucie. W obu pojedynkach ja grałam F.A.I.T.H. (mieszanina postaci z podstawki i drużyny Beta) a Zbyszek grzechem Zazdrość, jako pomocników w pierwszym scenariuszu miał spaczonych policjantów, a w drugim spaczonych strażaków. Pierwsze zadanie niebieskiego scenariusza polegało na odkryciu dwóch niewinnych. Choć zadanie proste, zajęło mi zbyt wiele czasu i postęp apokalipsy wzrósł o dwa pola. Dzięki temu Zazdrość szybko uzyskała przewagę w walce długo utrudniając moim F.A.I.T.H. poszukiwania niewinnych (drużyna poniosła też pierwsze straty), a gdy w końcu mi się udało, równie długo utrudniała mi oczyszczanie pól miasta z żetonów zepsucia, gdzie można to było zrobić tylko gdy nie było na nich potworów. Tak więc postęp apokalipsy rozpędzał się a szala zwycięstwa coraz wyraźniej przechylała się na stronę Zazdrości. Sytuacja moich F.A.I.T.H. stawała się coraz trudniejsza, w trakcie realizacji trzeciego zadania straciłam jednego z dwóch odnalezionych niewinnych, którego zabił maksymalny poziom zepsucia bohatera z którym miał pecha przebywać, a do tego walczyła ostatnia czwórka bohaterów (tzn. w mieście walczyło trzech a czwarty, ostatni, był w rezerwie). W końcu F.A.I.T.H. znaleźli dwójkę brakujących niewinnych, ale postęp apokalipsy wszedł na 7 pole, a wszyscy mieli liczne obrażenia i wysokie zepsucie. Na szczęście jest takie powiedzenie, nie chwal dnia przed zachodem słońca. Oj, nie chwal :-). Upojony widmem pierwszego pewnego zwycięstwa grzechu nad moimi F.A.I.T.H. Zbyszek zbagatelizował moje działania i dopuścił do uratowania dwóch niewinnych. Szłam z trzecim, ale udało mu się zabić przedostatniego bohatera. Gdy wystawiłam ostatniego członka F.A.I.T.H., będącego w rezerwie, Zbyszek zaczął głośne fetowanie zwycięstwa grzechu. Jak się potem okazało przeliczył się, bo myślał, że moi F.A.I.T.H. nie mają już akcji, a efekt 7 poziomu apokalipsy z automatu zabijał dwóch z moich bohaterów :-) Musielibyście zobaczyć jego minę, gdy mu pokazałam żeton dodatkowej akcji, którą miał do wykorzystania przybyły do walki ostatni rezerwista. Osiedle na którym mieszkamy rozdarł potężny ryk wściekłości z samego dna piekła, a potem wylała się rzeka niecenzuralnych słów. Stan rywalizacji 8-2 dla mnie.

Niestety kolejna bitwa zakończyła się sromotną porażką moich F.A.I.T.H. Tylko pierwsze zadanie z zielonego scenariusza udało mi się w miarę szybko i bezboleśnie zrealizować, następne okazały się istną drogą przez mękę. Nic mi nie wychodziło, no może niektóre rzuty na zepsucie i ogień były dla mnie łaskawe, natomiast pojedynki nawet z samotnym akolitą okazały się sporym wyzwaniem, do tego bardzo kosztownym (szybko rósł poziom zepsucia i ran moich bohaterów). F.A.I.T.H. działało agresywnie, i w pewnej chwili pojawiła się szansa na odwrócenie szali, niestety nie miałam jak jej wyzyskać. Zazdrość zabiła pięciu z siedmiu członków F.A.I.T.H., tak więc stan rywalizacji 8-3 dla mnie.

A o samej grze powiem tylko tyle, wzbudza w nas mnóstwo skrajnych emocji, oj bardzo skrajnych, i jest rewelacyjna! Nie możemy się już doczekać zapowiedzianych przez Portal grzechów i drużyn.

















środa, 17 czerwca 2020

THE OTHERS

Stała oparta o maskę samochodu i patrzyła na panoramę miasta, które milionami kolorowych świateł rozświetlało noc. Jak to możliwe, że tyle tam światła, a jednak panuje mrok? Gęsty jak śluz, oblepiający każdy milimetr miasta, jego ulice, parkingi, sklepy, domy, mieszkańców mrok. Morgana oparła się o maskę obok niej. – Zapalisz? – spytała wyciągając w jej stronę paczkę z papierosami. – Tak wiem wiem, pety zabijają, a wampirom, które je proponują na wieki przebarwiają palce, usta i zęby. – Leah zerknęła za siebie przez ramię na resztę drużyny. Stali kilka metrów dalej przy vanie i rozmawiając palili papierosy i siorbali gorącą kawę z plastikowych kubków. – A daj. – Leah wzięła papierosa i lekko pochyliła się w stronę Morgany, która odpaliła zapalniczkę. Zaciągnęła się głęboko po czym wypuściła dym z płuc. – Tyle tam mroku i zła. – powiedziała do siebie patrząc na miasto. Morgana wzruszyła ramionami. – Gdzie ludzie tam mrok. Zawsze tak było, jest i będzie. – W głosie Morgany wyczuła pogardę. – Więc po co to robimy? Po co ich ratujemy? – spytała patrząc w oczy wampirzycy. – Ty mi powiedz dowódco. – rzuciła drwiąco Morgana. Jako dowódca tej drużyny F.A.I.T.H. Leah miała wgląd w akta wszystkich jej członków. Wiedziała kim byli wcześniej, co robili, jak ich zmobilizowano… Historia wampirzycy była dla niej potworna, a jako kobietę dotykała ją jeszcze bardziej. Morgana przeszła najgorsze piekło niewolnicy seksualnej, jakie spotkało, i spotyka nadal, tysiące tysięcy kobiet. Na początku XX wieku sprzedano ją z matką do sieci burdeli w Argentynie. Miała raptem 5 lat, gdy zmuszono ją do prostytucji. Potem trwała w tym piekle przez wiele lat, tysiące razy gwałcona, bita i torturowana, zaspokajając chucie wszelkiej maści potworów, którzy uznawani byli za nobliwych mężów, dobrych i prawych obywateli, mających w trosce nie tylko prawo ale i moralność, wierzących w siły wyższe, bogów i życie pozagrobowe i wierzących również w to, że to co jej robili, i tysiącom tysięcy innych kobiet, nie było złe, bo w ich oczach nie była człowiekiem tylko rzeczą, czymś, co nie posiada uczuć, duszy… Byli też tacy, którzy wierzyli, że ona to lubi, że wyssała to z mlekiem matki i że bez tego, co jej robili, jej życie nie miało sensu… A potem zjawił się On, nie wiadomo, czy kierował się kaprysem, chęcią zabawy, czy miał jakiś inny cel, zapłacił za godzinę i poszedł z nią do pokoju, gdzie uczynił ją podobną sobie. On nie powiedział jej co zrobił, ale Morgana szybko odkryła w sobie moc, która pozwoliła jej wejść na nową, okrutną drogę zemsty. Stało się to nieoczekiwanie, ot dzień jak każdy w jej życiu, przyszedł klient, jak tysiące innych wcześniej, zapłacił za sesję specjalną, droższa, bo przez otwarte rany i siniaki nie mogła potem przez jakiś czas pracować i trzeba było to powetować jej właścicielowi, i zaprowadził do specjalnego pokoju, w którym było pełno narzędzi, które miały dać mu rozkosz a jej nieopisany ból. Co się potem wydarzyło w tym pokoju na zawsze zostanie tajemnicą. Gdy na miejsce przyjechała policja pracująca dla mafijnych alfonsów, zastali w burdelu zszokowane i przerażone kobiety oraz siedem rozerwanych ciał bandytów pilnujących niewolnic i jednego klienta – szanowanego nie tylko w mieście, ale i w całej prowincji kupca, porządnego kochającego męża, ojca trójki dzieci, wspierającego datkami kościół i wiele organizacji walczących z nędzą. Policjanci i mafiosami byli bezradni, było dla nich nieprawdopodobne, by takiego mordu mogła dokonać jedna niewolnica, dlatego zaczęli wzajemnie się podejrzewać, że ktoś próbuje naruszyć równowagę na rynku handlu niewolnicami seksualnymi i posłużył się nią jako wabikiem. Morgana to wykorzystała i wróciła tam by nakarmić puste ciało i duszę zemstą. Zabiła mafiosa, który był właścicielem całej sieci burdeli, łącznie z ostatnim w którym dokonała się jej przemiana, oraz jego cyngli i policjantów, którzy go chronili. Potem ruszyła drogą powrotną przez te wszystkie burdele, do których ją odsprzedawano, gdy znudziła się poprzednim właścicielom i zabiła tych właścicieli, ich ochroniarzy, współpracowników i klientów w bonusie, gdy mieli pecha i byli w nich, gdy się tam znalazła. Gdy ich wszystkich zabiła, wróciła do Europy, do Polski, skąd ją sprzedano i tam zabiła wszystkich, którzy omamili jej matkę fałszywą wizją szczęścia i dobrobytu w Argentynie. Gdy nakarmiła pierwszy głód zemsty odkryła, że nadal jej dusza jest pusta, martwa, że te śmierci nie załagodziły jej bólu, nie wypleniły z głowy koszmarów pamięci, nie zmieniły świata na lepsze. Odkryła, że ludzkość to pasożyt nie zasługujący na trwanie, dlatego zaczęła mordować wszystkich, którzy znaleźli się na jej drodze. Mordowała złych i dobrych, małych i dużych, uzbrojonych i nie uzbrojonych, katów i ofiary, mordowała inne wampiry, które ruszyły za nią w pościg, obawiając się, że jej działania sprawią, że ich istnienie przestanie być domeną fantazji, wiary i lokalnego folkloru, a stanie się faktem niosącym niebezpieczne konsekwencje eksterminacji wampirów. Morgana była jednak nieuchwytna i potwornie skuteczna. Po 200 latach jej morderczej drogi nie spotka się nikogo, kto zabiłby więcej wampirów i pracujących dla nich demonów niż ona. Dlatego dowództwo F.A.I.T.H. świętowało, gdy całkiem przypadkiem udało się ją pojmać. Potem uruchomili co się da by zmusić ją do współpracy i… teraz stała obok Leah paląc papierosa i zimno patrząc na miasto pełne zła, tego samego, które ją stworzyło, bo choć minęło 200 lat, ludzie się nie zmienili. Więc stała i patrzyła na miasto, które musi bronić przed innym złem, które tu przybyło by zapanować nad ludźmi, których miała w głębokiej pogardzie i którym głęboko życzyła jak najgorszego losu, albo chociaż tego samego piekła, które dawno temu przeszła. Leah bardzo ale to bardzo jej współczuła, ale też wiedziała, że jeśli jej zaufa Morgana zabije ją bez mrugnięcia okiem… – Nigdy o tym nie zapominaj! – ostrzegał ją Forrest, dowódca sekcji F.A.I.T.H. w skład której wchodził jej oddział. – Jest tylko narzędziem, potworem, którego udało nam się złapać na krótką smycz. Poluzujesz ją, bez mrugnięcia okiem zabije ciebie i całą resztę.– Dokładnie potwór, którego sami stworzyliście. Zaczynając od pierwszego klienta-potwora, który ją zgwałcił, każdy kolejny, setki tysiące klientów-potworów, zabijali jej duszę, zabijali w niej człowieka, aż nic w niej nie zostało prócz mroku i wtedy zjawił się On i dał jej szansę i tylko jej, by zobaczyli, by poczuli, by zapłacili za to co stworzyli. Francuzi mają powiedzenie, że każde państwo ma takie zbrodnie na jakie sobie pracuje, Morgana jest dowodem na to, że każde społeczeństwo ma takie potwory, jakie same sobie stworzy i wyhoduje.

Kilka godzin później Leah siedziała okrakiem na umierającej Morganie i patrzyła na jej uśmiechniętą twarz. Chciała ją dobić po ciężkiej walce, jaką stoczyły ze sobą, ale brakło jej nagle sił... Widziała jak w walce z grzechami Morgana umarła, widziała jak potem wróciła z zaświatów i walczyła z grzechem przeciwko nim. Zdradziła, to było pierwsze, co przyszło jej do głowy, ale teraz siedząc na niej okrakiem, patrząc w umierające oczy zrozumiała, jak okrutnie ją doświadczano każąc walczyć za tych, którzy uczynili ją tym kim jest. I wtedy też zrozumiała, że nie ma nadziei dla ludzi, że tak czy siak grzech zawsze zwycięży, i nie dlatego, że obca siła ludzi pokona. Nie, bo tak naprawdę nie walczą z obcą siłą…

Chciałam okrasić ten tekst zdjęciami z gry, gdzie Morgana była „zdrajcą”, ale w ferworze pasjonującej walki zapomnieliśmy niestety o aparacie, więc zdjęcia są z innego scenariusza, za to pozwoliłam sobie na dłuższy „wstęp” autorstwa Zbyszka.

Nie ukrywam, że baliśmy się wcześniej The Others, bo nie wiedzieliśmy, czy będzie nam się dobrze grało we dwójkę. Na szczęście dla nas gra się rewelacyjnie! W tej grze wszystko nam się podoba! rewelacyjny mroczny klimat, to że każda ze stron ma inną mechanikę gry, planowanie, walka, reakcje (świadome poświęcenie członka drużyny, dla korzyści tych, którzy zostaną i walczą dalej okazało się trudniejsze niż założyliśmy), regrywalność i rywalizacja :-D Na tę chwilę stan rywalizacji między Zbyszkiem a mną wynosi 2-7. Jako grzech wygrałam 5 razy, a jako F.A.I.T.H. 2 razy. Zbyszek wygrał 2 razy jako F.A.I.T.H. W grze są trzy typy scenariuszy + jeden finałowy, które są tylko lekkim pretekstem do rozegrania konfliktu. Ale to i tak wystarczy do emocjonujących rozgrywek, tym bardziej, że wybór grzechów sprawia, że np. grając 3 razy scenariusz „Ostatni bastion w Heaven”, każda z partii miała inny przebieg.

Pierwsze partie, gdy grałam grzechem, Zbyszek twierdził, że F.A.I.T.H. ma o wiele trudniej, ale potem 2 razy wygrał i obnosił się, że łał, ekstaza - odkrył jak wygrywać! Szybko jednak zmienił zdanie, gdy poniósł kolejną sromotną klęskę, przez co wrócił do przekonania, że grzech ma łatwiej (mężczyźni :-D ) . Na szczęście szybciej załapałam jak wykańczać grzech, przez to, choć za każdym razem był to wyświechtany i wyeksploatowany do bólu melodramatyczny ostatni rzut na taśmę, to jednak ostateczny dla pokonania grzechu. Tak czy siak, wojna dopiero wybuchła i już wkrótce zaraportujemy, jak wygląda jej przebieg na konkretnych mapach.

































środa, 20 maja 2020

Zona


Łupłupłupłup – to serce, wali jak szalone! Boże i do tego tak głośno!!! Łupłupłup – jakby jakiś szalony perkusista nawalał z całych sił w bęben. Łupłupłup – Chryste panie, matko jedyna!!! Jest potwornie przerażony, że słychać je w całym kompleksie, więcej, w całej cholernej Zonie!!! Uspokój się!!! Uspokój debilu, inaczej znajdzie cię!!! Słyszysz, znajdzie!... Łupłupłup! – wtem serce zamiera i zalewa go kleista, prawie materialna cisza. Przez chwilę nic się nie dzieje aż nagle… słyszy To, wyraźnie, blisko, bardzo blisko: flap, flap, flap… powolne człapanie w zalegającej w pokoju wodzie. Flap, flap… To zatrzymał się, słyszy jak węszy. Boże węszy! Wyczuje go po zapachu!!! Uspokój się kurwa!!! Nie panikuj! Nie panikuj, a będzie dobrze! Leży w ciemnościach, w wąskim przewodzie wentylacyjnym ciągnącym się tuż pod sufitem. Wlazł do niego w pokoju dyżurnego, kiedy usłyszał przeraźliwe wrzaski Igora „Piąteczki” dochodzące z korytarza. Miał farta, wszedł do tego pokoju bo chciał sprawdzić, czy nie znajdzie tu jakiś fantów. Sprawdzili go jak weszli do kompleksu, ale teraz przed wyjściem chciał się upewnić, że nic nie przeoczyli… i to go uratowało. Bo gdy Igor „Piąteczka” przeraźliwie wrzeszcząc konał na korytarzu, on wskoczył na biurko dyżurnego i wlazł do przewodu wentylacyjnego ciągnącego się pod sufitem. Leżał teraz w nim i celował ze swojego RMB 93 w otwór, którym tu wlazł. W pierwszej chwili chciał uciec tym przewodem jak najdalej od korytarza w którym umarł Igor „Piąteczka” i pokoju dyżurnego, w którym stał teraz To i węszył. Nie zrobił tego jednak, bo bał się, że zabłądzi w plątaninie przewodów i zostanie w tym kompleksie, jak Igor „Piąteczka” czy „Wyschnięty” Wania, na zawsze. Poza tym od wyjścia z tego kompleksu dzieliło go To i kilka metrów korytarza w którym umarł Igor „Piąteczka”. Kilka metrów i będzie daleko od tego koszmaru!… coś skrzypnęło, coś zaszurało, coś spadło do wody i usłyszał całkiem blisko, jak To węszy. Włożył głowę do otworu, którym tu wlazł!!! Nagle tuż przed nim zapłonęły żółcią ślepia To. Nacisnął spust, ciasnota przewodu wentylacyjnego spotęgowała huk, który go ogłuszył. Przeładował strzelbę i dopiero po tym zapalił czołówkę i ostrożnie wychylił się przez dziurę obryzganą kawałkami tego co wypełniało głowę To. Rozejrzał po pokoju. Bezgłowe ciało To leżało w wodzie barwiąc ją ciemną posoką. Ostrożnie wyszedł z przewodu i wyjrzał na korytarz. Nie licząc ciała Igora „Piąteczki”, leżącego tuż przy pancernych drzwiach prowadzących do wyjścia z kompleksu, korytarz był pusty. Ostrożnie wyszedł, i ruszył w stronę pancernych drzwi. Starał się iść jak najciszej, ale stojąca w korytarzu woda mocno to utrudniała. Co chwilę zerkał za siebie aż zrównał się z ciałem Igora „Piąteczki”. Zatrzymał się, spojrzał na niego i zamarł. To nie był Igor „Piąteczka”! To nie był Igor „Piąteczka”!!! Z rozdziawionymi ustami patrzył na swoje zmasakrowane zwłoki. To pozbawił go oka, wybił zęby, zmiażdżył nos i urwał rękę. Chryste, jakim cudem?! Jakim cudem?!? Choć twarz była zmasakrowana, wiedział, że patrzy na siebie. Jakim cudem?!? Nie, to nie prawda! To nie on! To nie on do kurwy nędzy!!! Błagam!!! To nie on! To nieon! Tonieon! Tonieontonieon!!! Nagle z głębi korytarza doszedł odgłos chlupania. Coś zmierzało w jego stronę! Rzucił się do pancernych drzwi, szarpnął je otwierając na oścież i wskoczył w ciemność. Coś go usłyszało i ruszyło za nim w pościg. Nie wie jakim cudem, ale znowu udało mu się wdrapać do jakiejś dziury i zalec w niej. Był przerażony, potwornie przerażony. Chlupotanie było coraz bliżej i wtedy usłyszał to: łupłupłupłup – to serce, wali jak szalone! Boże i do tego tak głośno!!! Łupłupłup – jakby jakiś szalony perkusista nawalał z całych sił w bęben. Łupłupłup – Chryste panie, matko jedyna!!! Jest potwornie przerażony, że słychać je w całym kompleksie, więcej, w całej cholernej Zonie!!! Uspokój się!!! Uspokój debilu, inaczej znajdzie cię!!! Słyszysz, znajdzie!... Łupłupłup! – wtem serce zamiera i zalewa go kleista, prawie materialna cisza. Przez chwilę nic się nie dzieje aż nagle… słyszy To, wyraźnie, blisko, bardzo blisko: flap, flap, flap… powolne człapanie w zalegającej w pokoju wodzie. Flap, flap… To zatrzymał się, słyszy jak węszy. Boże węszy! Wyczuje go po zapachu!!! Uspokój się kurwa!!! Nie panikuj! Nie panikuj, a będzie dobrze! Leży w ciemnościach, w wąskim przewodzie wentylacyjnym ciągnącym się tuż pod sufitem. Wlazł do niego w pokoju dyżurnego, kiedy usłyszał przeraźliwe wrzaski Igora „Piąteczki” dochodzące z korytarza. Miał farta, wszedł do tego pokoju bo chciał sprawdzić, czy nie znajdzie tu jakiś fantów.


Kolejne dwie rozgrywki na twardych zasadach za nami. Tym razem nikt nie zginął, a oba wyścigi zakończyły się najpierw moi zwycięstwem, a potem Zbyszka. Zabawne, że oba zwycięstwa od przegranej dzieliła tylko jedna, ostatnia karta wieści. Trochę słabo się robi, gdy się pomyśli, że tyle męczarni i wyrzeczeń mogło pójść na marne, gdybyśmy tę kartę odkryli…

Jak wspominałam wcześniej wprowadziliśmy małą modyfikację. Trochę nas drażniła zasada reputacji, która miała niebywały, i sztuczny dla nas, wpływ resocjalizujący. Negatywna reputacja każe gracza na każdym kroku kartami wydarzeń oraz akcjami obozów więc właściwie jest tylko sztucznym złodziejem cennych akcji, które wydajemy na resocjalizację i stanie się przykładnym obywatelem Zony. Dlatego wprowadziliśmy do kart wydarzeń karty tzw. tymczasowych obozów bandytów, w których profity są tylko dla gracza z negatywną reputacją. Gracze z neutralną a zwłaszcza z pozytywną reputacją bardzo odczuwają, że są w tym miejscu niemile widziani. Taka dobrana karta wydarzeń nakazuje wyłożyć na obszarze, gdzie stoi bohater (nie może to być żaden obóz) żeton/kartę z tym obozem, który ma taki sam status jak obozy z planszy. Wprowadziliśmy też po kilka kart do obu talii wydarzeń, w których wprowadziliśmy zdarzenia profitujące negatywną reputację, lub pozwalające taką zdobyć np. okradając kogoś, zabijając itd., bo sam obóz to za mało by grać na negatywnej reputacji. Modyfikacja na razie nie spełniła swoich zadań, bo kart wydarzeń premiujących negatywną reputację było zbyt mało i szybko rezygnowaliśmy z tej ścieżki wyboru. Najpierw planowaliśmy dorobić tych kart tyle samo co ma oryginał, ale tu baliśmy się o balans i na razie odpuściliśmy. Mam jednak nadzieję, że mając na uwadze fakt, że pegi w tej grze to +18, twórcy w dodatku nad którym pracują uwzględnią fakt, że sztuczna resocjalizacja troszkę psuje klimat gry i coś z tym zrobią. Bo poza tym jednym mankamentem gra bardzo nam się podoba i będzie wracać na stół.
















sobota, 16 maja 2020

Zona

Omiotła dozymetrem pordzewiałe rury i blachy przed sobą, jak na Elektrownię wynik na wyświetlaczu całkiem przyzwoity, wcisnęła się więc między ten złom i zaczęła przez wojskową lornetkę obserwować przedpole. Schowała się tam, bo choć śmigłowiec wojskowy był dość daleko, wolała nie ryzykować, by teraz, po tylu trudach morderczej drogi pełnej anomalii, mutantów, bandytów i żołdaków, miała zostać odkryta i zlikwidowana. Dosłownie zlikwidowana. Nie, to nie jakaś melodramatyczna nuta, to fakt! Znała tajny rozkaz dowództwa, które uznało Elektrownię za teren wojskowy o najwyższym priorytecie zabezpieczenia i nakazało likwidację każdego, kto nieupoważniony wchodził na jej teren. Rozkaz odkryła przypadkiem wertując papiery z biurka swojego szefa, pułkownika Koniłuszyna, gdy szukała kodu do drzwi grodzi wejściowej do bunkra. Szukała go tam, szlochając z przerażenia, gdy reszta załogi, łącznie z pułkownikiem Koniłuszynem broniła się przed wściekłym naporem „obiektów” na których wcześniej eksperymentowali, łamiąc wszelkie zasady etyki. Nic ich nie ograniczało i pewnie trwałoby to do teraz, gdyby nie mały wypadek. Nie wie, kto wtedy zawinił i uwolnił „obiekty” eksperymentów, Ludmiła, Kostia, ona sama, a może ten nowy zadufany doktorek, infantylny macho o kurzym móżdżku, który podrywał ją sprośnymi docinkami o częściach jej ciała? Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Oprócz niej wszyscy zginęli. Zginęła Ludmiła, której „obiekty” wyrwały ręce i wyssały oczy, zanim żywcem zaczęli ją jeść. Zginął Kostia, który widząc co robią Ludmile strzelił sobie w łeb. Zginął infantylny macho doktorek, zginął pułkownik Koniłuszyn i jego odział żołnierzy, weteranów licznych wojen i wojenek, których Mateczka Rosija miała głęboko gdzieś, dlatego zgodzili się na służbę w tym piekle. Walczyli dzielnie, ale nie mieli szans. Tu bestialstwem i pogardą dla ludzkiej istoty stworzono szybkie, bezlitosne potwory, które dokonały rzezi załogi bunkra, odpłacając pięknym za nadobne za to co im wcześniej zrobili. Gdy oni byli żywcem rozrywani na części i zagryzani, ona uciekając przypadkiem odkryła rozkaz o likwidacji każdego śmiałka, który próbował się dostać do Elektrowni i… teczkę z tajnymi dokumentami o Sarkofagu, w którym pojawił się potężny artefakt. Była tam też informacja, że istnieją inne tajne bunkry i, że w nich znajdują się tajne dokumenty w których jest klucz do zdobycia tego artefaktu. Robiła złe rzeczy dla wojska, bardzo złe i nie miała złudzeń, że jeśli odkryją, że przeżyła, stanie się ich celem. W najlepszym wypadku zabiją ją na miejscu, w najgorszym zrobią z niej „obiekt” eksperymentów. Skarb Sarkofagu był jej jedyną szansą na wyrwanie się z pułapki i ukrycie gdzieś w świecie…

Obserwując przedpole zauważyła nagle jakąś postać, która chyłkiem przemykała w stronę jakichś zabudowań Elektrowni. Pokręciła zoomem i… nie, to nie może być prawda! W postaci rozpoznała pijaczynę, który zaczepił ją w Zajeździe. Nie był jakoś szczególnie nachalny, ale ona nie miała ochoty na żadne towarzystwo. Zawsze miała chłodny dystans do ludzi, a wtedy, w Zajeździe, jeszcze do tego świeżo w pamięci obrazy rzezi w bunkrze i potworny strach o swój los… Dlatego wymierzyła do niego z pistoletu i kazała mu… odejść. A teraz zmierzał tam, gdzie ona, co gorsza był kilka kroków przed nią. Rzuciła się w szalony pościg za pijaczyną. Nie tylko ona, bo pijaka dostrzegli w śmigłowcu i też ruszyli za nim, ale ten, jak na pijaka, szybko i sprawnie się poruszał i zniknął w budynku, który prowadził do Sarkofagu.

Tym razem w czasie tego podejścia nikt nie umarł. Graliśmy na twardych zasadach z home rules karzącym ranami za wulgaryzmy. Zbyszek grał Naukowczynią a ja Pijaczyną. Oboje postanowiliśmy doposażyć swoje postacie jak tylko to możliwe, eksplorując zieloną strefę Zony. Szło nam dobrze, i mimo, że czasami zużywaliśmy cenne zasoby potrzebne na dalszą drogę, szybko udawało nam się odrobić jakoś straty. Testy w tajnych obiektach kosztowały nas trochę zdrowia i ekwipunku, ale i tu potem jako tako to nadrobiliśmy, choć nie ma co ukrywać, że mi lepiej szło i Pijaczyna zaczął zdobywać przewagę w zdobywaniu lepszego wyposażenia. Żerowaliśmy w zielonej strefie tak długo, że o mały włos a przegapilibyśmy malejący stos kart wieści. Ruszyliśmy więc do szybkiego wyścigu. Na szczęście na terenie Jeziora Białego Zbyszek stracił cenną akcję na upierdliwego mutanta. Ubił gada, ale ja go zostawiłam za sobą. Szczęście mi dalej sprzyjało, bo gdy Zbyszek znowu tracił cenne akcje na przedzieranie się przez Oko Moskwy, ja użyłam znaleziska z tajnego obiektu i przeniosłam się od razu na teren Elektrowni a potem do Sarkofagu. Byłam naprawdę nieźle doposażona, a Zbyszek przez upierdliwe konfrontacje stracił trochę sprzętu, ale przede wszystkim cenne akcje. Niestety testy w Sarkofagu nie poszły mi, a Zbyszek w końcu doczłapał się do Sarkofagu i zaczął swój test. Jeśli by go zdał wygrałby. Na szczęście miał tylko forsowanie testu, bo nie miał już czym go redukować, i oblał. Wywaliło go z Sarkofagu do Elektrowni. Żyły eksplodowały mu na skroniach, ale nie pękł i ani jeden wulgaryzm nie wyszedł z jego ust. Moja kolej, pierwszy test oblany, Zbyszek nie ukrywa ulgi, drugi test oblany, cieszy się jak dziecko. Ale teraz ja zaczynam rundę, Zbyszek trzyma kciuki, żebym oblała, żeby mnie wywaliło do Elektrowni, a najlepiej na Mokradła… nie doczekanie jego! Po zdanym teście odwracam kartę i odczytuję tekst dla zwycięzcy, a Zbyszek wypełnia sloty obrażeń i urazów karnymi punktami za wulgaryzmy. Wyścig zakończył się w ostatniej chwili, bo do odkrycia została nam tylko jedna karta wieści.