sobota, 16 maja 2020

Zona

Omiotła dozymetrem pordzewiałe rury i blachy przed sobą, jak na Elektrownię wynik na wyświetlaczu całkiem przyzwoity, wcisnęła się więc między ten złom i zaczęła przez wojskową lornetkę obserwować przedpole. Schowała się tam, bo choć śmigłowiec wojskowy był dość daleko, wolała nie ryzykować, by teraz, po tylu trudach morderczej drogi pełnej anomalii, mutantów, bandytów i żołdaków, miała zostać odkryta i zlikwidowana. Dosłownie zlikwidowana. Nie, to nie jakaś melodramatyczna nuta, to fakt! Znała tajny rozkaz dowództwa, które uznało Elektrownię za teren wojskowy o najwyższym priorytecie zabezpieczenia i nakazało likwidację każdego, kto nieupoważniony wchodził na jej teren. Rozkaz odkryła przypadkiem wertując papiery z biurka swojego szefa, pułkownika Koniłuszyna, gdy szukała kodu do drzwi grodzi wejściowej do bunkra. Szukała go tam, szlochając z przerażenia, gdy reszta załogi, łącznie z pułkownikiem Koniłuszynem broniła się przed wściekłym naporem „obiektów” na których wcześniej eksperymentowali, łamiąc wszelkie zasady etyki. Nic ich nie ograniczało i pewnie trwałoby to do teraz, gdyby nie mały wypadek. Nie wie, kto wtedy zawinił i uwolnił „obiekty” eksperymentów, Ludmiła, Kostia, ona sama, a może ten nowy zadufany doktorek, infantylny macho o kurzym móżdżku, który podrywał ją sprośnymi docinkami o częściach jej ciała? Teraz to nie ma żadnego znaczenia. Oprócz niej wszyscy zginęli. Zginęła Ludmiła, której „obiekty” wyrwały ręce i wyssały oczy, zanim żywcem zaczęli ją jeść. Zginął Kostia, który widząc co robią Ludmile strzelił sobie w łeb. Zginął infantylny macho doktorek, zginął pułkownik Koniłuszyn i jego odział żołnierzy, weteranów licznych wojen i wojenek, których Mateczka Rosija miała głęboko gdzieś, dlatego zgodzili się na służbę w tym piekle. Walczyli dzielnie, ale nie mieli szans. Tu bestialstwem i pogardą dla ludzkiej istoty stworzono szybkie, bezlitosne potwory, które dokonały rzezi załogi bunkra, odpłacając pięknym za nadobne za to co im wcześniej zrobili. Gdy oni byli żywcem rozrywani na części i zagryzani, ona uciekając przypadkiem odkryła rozkaz o likwidacji każdego śmiałka, który próbował się dostać do Elektrowni i… teczkę z tajnymi dokumentami o Sarkofagu, w którym pojawił się potężny artefakt. Była tam też informacja, że istnieją inne tajne bunkry i, że w nich znajdują się tajne dokumenty w których jest klucz do zdobycia tego artefaktu. Robiła złe rzeczy dla wojska, bardzo złe i nie miała złudzeń, że jeśli odkryją, że przeżyła, stanie się ich celem. W najlepszym wypadku zabiją ją na miejscu, w najgorszym zrobią z niej „obiekt” eksperymentów. Skarb Sarkofagu był jej jedyną szansą na wyrwanie się z pułapki i ukrycie gdzieś w świecie…

Obserwując przedpole zauważyła nagle jakąś postać, która chyłkiem przemykała w stronę jakichś zabudowań Elektrowni. Pokręciła zoomem i… nie, to nie może być prawda! W postaci rozpoznała pijaczynę, który zaczepił ją w Zajeździe. Nie był jakoś szczególnie nachalny, ale ona nie miała ochoty na żadne towarzystwo. Zawsze miała chłodny dystans do ludzi, a wtedy, w Zajeździe, jeszcze do tego świeżo w pamięci obrazy rzezi w bunkrze i potworny strach o swój los… Dlatego wymierzyła do niego z pistoletu i kazała mu… odejść. A teraz zmierzał tam, gdzie ona, co gorsza był kilka kroków przed nią. Rzuciła się w szalony pościg za pijaczyną. Nie tylko ona, bo pijaka dostrzegli w śmigłowcu i też ruszyli za nim, ale ten, jak na pijaka, szybko i sprawnie się poruszał i zniknął w budynku, który prowadził do Sarkofagu.

Tym razem w czasie tego podejścia nikt nie umarł. Graliśmy na twardych zasadach z home rules karzącym ranami za wulgaryzmy. Zbyszek grał Naukowczynią a ja Pijaczyną. Oboje postanowiliśmy doposażyć swoje postacie jak tylko to możliwe, eksplorując zieloną strefę Zony. Szło nam dobrze, i mimo, że czasami zużywaliśmy cenne zasoby potrzebne na dalszą drogę, szybko udawało nam się odrobić jakoś straty. Testy w tajnych obiektach kosztowały nas trochę zdrowia i ekwipunku, ale i tu potem jako tako to nadrobiliśmy, choć nie ma co ukrywać, że mi lepiej szło i Pijaczyna zaczął zdobywać przewagę w zdobywaniu lepszego wyposażenia. Żerowaliśmy w zielonej strefie tak długo, że o mały włos a przegapilibyśmy malejący stos kart wieści. Ruszyliśmy więc do szybkiego wyścigu. Na szczęście na terenie Jeziora Białego Zbyszek stracił cenną akcję na upierdliwego mutanta. Ubił gada, ale ja go zostawiłam za sobą. Szczęście mi dalej sprzyjało, bo gdy Zbyszek znowu tracił cenne akcje na przedzieranie się przez Oko Moskwy, ja użyłam znaleziska z tajnego obiektu i przeniosłam się od razu na teren Elektrowni a potem do Sarkofagu. Byłam naprawdę nieźle doposażona, a Zbyszek przez upierdliwe konfrontacje stracił trochę sprzętu, ale przede wszystkim cenne akcje. Niestety testy w Sarkofagu nie poszły mi, a Zbyszek w końcu doczłapał się do Sarkofagu i zaczął swój test. Jeśli by go zdał wygrałby. Na szczęście miał tylko forsowanie testu, bo nie miał już czym go redukować, i oblał. Wywaliło go z Sarkofagu do Elektrowni. Żyły eksplodowały mu na skroniach, ale nie pękł i ani jeden wulgaryzm nie wyszedł z jego ust. Moja kolej, pierwszy test oblany, Zbyszek nie ukrywa ulgi, drugi test oblany, cieszy się jak dziecko. Ale teraz ja zaczynam rundę, Zbyszek trzyma kciuki, żebym oblała, żeby mnie wywaliło do Elektrowni, a najlepiej na Mokradła… nie doczekanie jego! Po zdanym teście odwracam kartę i odczytuję tekst dla zwycięzcy, a Zbyszek wypełnia sloty obrażeń i urazów karnymi punktami za wulgaryzmy. Wyścig zakończył się w ostatniej chwili, bo do odkrycia została nam tylko jedna karta wieści.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz