Brad przetarł zmoczoną rzęsistym deszczem twarz, a potem ostrożnie wychylił się za róg budynku przy którym się zatrzymał. Ulica przed nim była cicha i pusta. Na całej jej długości wszystkie światła sygnalizacji miejskiej mrugały rytmicznie żółtym kolorem, który odbijał się w mokrej nawierzchni chodników, ulicy czy na zaparkowanych przy budynkach samochodach konkurując w tym ze światłami reklam witryn sklepowych, bilbordów oraz kilku raptem latarni. – Widzisz coś? – w słuchawkach zatrzeszczał piskliwy głosik Rose. Przystawił lunetę karabinu do oka i wolno omiótł widok przed sobą. Zielonkawy obraz trybu noktowizji wyciągnął z czarnych plam cienia dodatkowe kształty. – Brad, czy widzisz coś? – ponownie zapiszczał głosik Rose. – Pusto. – odpowiedział do sprzężonego ze słuchawkami mikrofonu. – A cywile? Widzisz ich? – widok w lunecie powoli przesuwa się z ulicy na drzwi sklepów, domów, okna i z powrotem. – Nie, nikogo. Co z Karlem? – oko lunety zatrzymał nagle na sporej plamie cienia jakieś 40 metrów od niego. Coś się poruszyło, niezbyt duże, ale jednak. Palec dotknął spust. – Karl zajął pozycję. Możesz ruszać. – Znowu coś się poruszyło i z cienia wyszedł pokaźnych rozmiarów szczur. Wieki, dorodny, wypasiony na odpadkach Heaven cholerny szczur! – Szlag! Ok, ruszam! Czy wiemy jaki to typ grzechu? – Szybkim truchtem podszedł do otwartych na oścież drzwi małego sklepiku spożywczego, który był na tej samej ścianie budynku za rogiem którego się chował. – Nie, nie wiemy. – zapiszczała Rose. Ze środka sklepiku wylewało się intensywne światło mocnych jarzeniówek. Z bronią gotową do strzału wszedł do środka i rozejrzał ostrożnie. Cicho i pusto, wolno zbliżył się do kasy i zerknął za ladę, pusto. Przez całą długość sklepiku ciągnął się regał dzielący go na dwie części. Ruszył jedną z krótkich alejek w stronę ściany z lodówkami wypełnionymi piwem i napojami. – Brad, pamiętaj, że może tam być sporo cywili. Bądź ostrożny, nie chcemy żadnych przypadkowych ofiar. – zapiszczała ponownie Rose. – Pamiętam, spokojna głowa szefowa. – Ja pierdolę! Ten jej głosik mnie kiedyś wykończy, pomyślał idąc ostrożnie wzdłuż regału z syfiastym żarciem. Jak można zrobić dowódcą kogoś z tak wkurwiającym głosikiem? Doszedł do lodówek. Z boku zauważył otwarte drzwi prowadzące na zaplecze sklepiku. Właściwie to dlaczego zrobili ją dowódcą? W czym ona jest lepsza od niego? No chyba tylko tym wkurwiającym głosikiem! Tego nikt nie podrobi. Rose dowódca! Ja pierdolę, co ona może wiedzieć o dowodzeniu? Co kobieta może wiedzieć o taktyce? Ma w tym większe od niej doświadczenie, a mimo to ona dowodzi! Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Dlaczego nikt nie widzi, że jest od niej… zatrzymał się. Kurwa, te myśli! Spojrzał pod nogi, nic. Odwrócił się. Niecałe dwa metry od niego majaczyła delikatna poświata zielonej spirali. Dalej, tuż przy drzwiach wejściowych, gdzie leżała rozwalona papierowa torba i rozrzucone puszki i batony, zauważył drugą. Niech to szlag! Pułapki! – Rose, wszedłem w zepsucie. – podszedł do pierwszej spirali, która stała się jeszcze wyraźniejsza. Nienawidzi tego syfu, bo nie widać tych pułapek dopóki w nie nie wejdziesz. – Co czujesz? – zapiszczał głosik Rose. – Zazdrość. – odpowiedział. – No to już wiemy z czym walczymy.
Niestety kolejna bitwa zakończyła się sromotną porażką moich F.A.I.T.H. Tylko pierwsze zadanie z zielonego scenariusza udało mi się w miarę szybko i bezboleśnie zrealizować, następne okazały się istną drogą przez mękę. Nic mi nie wychodziło, no może niektóre rzuty na zepsucie i ogień były dla mnie łaskawe, natomiast pojedynki nawet z samotnym akolitą okazały się sporym wyzwaniem, do tego bardzo kosztownym (szybko rósł poziom zepsucia i ran moich bohaterów). F.A.I.T.H. działało agresywnie, i w pewnej chwili pojawiła się szansa na odwrócenie szali, niestety nie miałam jak jej wyzyskać. Zazdrość zabiła pięciu z siedmiu członków F.A.I.T.H., tak więc stan rywalizacji 8-3 dla mnie.
A o samej grze powiem
tylko tyle, wzbudza w nas mnóstwo skrajnych emocji, oj bardzo
skrajnych, i jest rewelacyjna! Nie możemy się już doczekać
zapowiedzianych przez Portal grzechów i drużyn.














